[03 czerwiec 2008] WSPOMNIENIA NIE TYLKO HALKI oraz kilka dygresji


Bardzo lubię to zdjęcie. Zawsze, kiedy na nie patrzę, uśmiecham się.
Uśmiecham się do tej roześmianej, młodej dziewczyny, którą bardzo dobrze znam.

Były to pierwsze lata mojej pracy w Operze Wrocławskiej.
Moją kolejną partią, po dyplomowej Tatianie w „Eugeniuszu Onieginie”(1980), była Roksana w „Królu Rogerze”. Zdarzyło się tak, że krótko przed premierą, z trzech śpiewaczek, obsadzonych w partii Roksany, została nagle tylko jedna. Niezawodna, jak zawsze, Agata Młynarska. Potrzebna była druga Roksana. Dyrektor zapytał mnie, czy znam tę partię? Był to warunek przyjęcia mnie do teatru na etat.  
Ktoś jeszcze przy mnie dorzucił, że niemożliwe jest zaśpiewanie chociażby z nut, którejkolwiek z partii protagonistów w „Królu Rogerze” – po tygodniu nauki.
Ponieważ zawsze lubiłam ciekawe wyzwania, w ciągu tygodnia opanowałam partię Roksany na pamięć i byłam gotowa do prób.
Kazimierz Kościukiewicz, wrocławski recenzent napisał po mojej premierze: „Do jaśniejszych punktów można zaliczyć niewątpliwie Joannę Mikę (Roksana), której debiut w drugiej obsadzie wypadł bardzo korzystnie” („Słowo Polskie” nr 33, 16.II.1983).
Zostałam etatową solistką Opery Wrocławskiej
W tym samym sezonie, w którym zaśpiewałam Roksanę, śpiewałam również Tatianę w „Oniegnie”, Serpinę w „La serva padrona”, Dziewczynę w „Śpiewniku domowym”, Bronisławę w „Studencie Żebraku”(śpiewającą partie koloraturowe Laury – wersja opracowana specjalnie do filmu dla Krystyny Tyburowskiej, z którą byłam na roli) i Cibolettę w „Nocy w Wenecji”(śpiewałam tę rolę z Agatą Młynarską – to również była koncepcja reżysera - obsadzenia roli subretki sopranem dramatycznym).

W kolejnym sezonie zaśpiewałam Elżbietę w „Don Carlosie”.



Andrzej Wolański napisał wtedy: ”W przedstawieniu tym po raz pierwszy w roli królowej Elżbiety wystąpiła Joanna Mika. Osobiście bardzo się cieszę, że ta młoda śpiewaczka – po szeregu „przypadkowych” oper i dwukrotnym mariażu z operetką – mogła się wreszcie zaprezentować w partii odpowiadającej w pełni jej emploi głosowemu.” („Gazeta Robotnicza”, 6.II.1984).
Byłam wdzięczna panu Andrzejowi za te słowa.
W tym samym roku zaśpiewałam również Małgorzatę w „Fauście”, Wróżkę w „Pierścieniu i Róży” - bajce dla dzieci Witolda Rudzińskiego i Hrabinę w „Weselu Figara”.

W latach osiemdziesiątych funkcjonował jeszcze cały czas model teatru ze śpiewakami etatowymi, którzy o planowanej obsadzie kolejnej premiery teatru dowiadywali się z tablicy ogłoszeń. Przynajmniej tak wspominam pierwsze lata pracy we Wrocławiu.
W zasadzie nie odmawiało się roli. Było takie niepisane prawo, że z jednej partii w sezonie solista mógł zrezygnować, ale musiał to uzasadnić słusznymi, przekonującymi argumentami.
Zdarzyło mi się to dwa razy w całej mojej dotychczasowej pracy scenicznej.
Właśnie wtedy, we Wrocławiu.
Po raz pierwszy, gdy wyczytałam swoje nazwisko w obsadzie „Nowego Wyzwolenia” – kameralnej opery Krzysztofa Baculewskiego, do tekstu Witkacego, w roli Gospodyni.
W didaskaliach Witkacego, Gospodyni, to „tłusta baba, pysk spocony, chód człapiący”, która śpiewa białym, góralskim głosem następujące dwie arie:

W Sącu koło wody
Kryminoły stojom
Wszyscy chłopci śwarni
To się ig nie bojom, ej!

Leci kacka dołu wodom
Kacor za niom cup, cup nogom
Pockaj kacko dom ci placka
Nie pocekom, bo uciekom, ej!

Zaiste, przy całej mojej wyobraźni, fachowym przygotowaniu do pracy scenicznej i mimo wszystko, całe życie tkwiącego we mnie ukochania ryzyka i szaleństwa scenicznego, w owym okresie, śpiewanie białym głosem kupletów starej, spoconej baby, pomiędzy spektaklami Florii Toski i królowej Elżbiety de Valois, było ponad moje siły.
No… ale to BYŁ WITKACY.
Bardzo często wracam myślami do tego wspaniałego i szokującego, jak na ówczesny repertuar Opery Wrocławskiej, przedstawienia, które dzięki odtwórcom głównych ról - Oldze Szwajgier i Piotrowi Kusiewiczowi, każdego wieczoru miało pełną widownię i… trochę żal pozostał.

Drugą propozycją dla mnie, propozycją, której z całego serca się sprzeciwiłam, miał być występ w spektaklu, skomponowanym na bazie inscenizowanych madrygałów. Na scenie mieli występować tancerze udający nas, śpiewaków, a nasze głosy, jako głosy duplikatów tancerzy, miały dochodzić z ustawionej gdzieś na scenie wysokiej wieży… Nie pamiętam teraz dokładnie, ale zdaje się, że projekt upadł zanim rozpoczęto jego realizację. Dokładnie natomiast pamiętam, że długo musiałam walczyć, aby zwolniono mnie z obowiązku śpiewania madrygałów, incognito, na wieży, na scenie Opery Wrocławskiej …

Rok później, w jubileuszowym dla Opery Wrocławskiej roku 1985, zaśpiewałam po raz pierwszy Annę w „Wesołych kumoszkach z Windsoru”, a cztery miesiące później, wystąpiłam w „Tosce”, w premierowym przedstawieniu teatru.



W takiej kondycji wokalnej i z takim karkołomnym dla młodej śpiewaczki kalendarzem przedstawień, w trzecim sezonie mojej etatowej pracy w Operze Wrocławskiej, wciąż otwartą na nowe wyzwania, zastała mnie we Wrocławiu Maria Fołtyn, która przyjechała wyreżyserować „Halkę”. Premiera miała się odbyć 8 września.

„Czterdzieści lat temu, dokładnie 8 września 1945 roku, dzisiejsza Państwowa Opera we Wrocławiu (zwana wtedy, jeszcze z tradycji niemieckich, Teatrem Miejskim), rozpoczęła swoją chlubną działalność powojenną. Podobnie, jak wówczas, tak i obecnie – dla uczczenia owego zaszczytnego jubileuszu – wystawiono Moniuszkowską „Halkę”. Do jej nowej realizacji, w historii wrocławskiego teatru już jedenastej, zaproszono Marię Fołtyn (inscenizacja i reżyseria), Antoniego Wicherka (kierownictwo muzyczne) oraz scenografa, Macieja Jaszkowskiego” – pisał Andrzej Wolański w „Gazecie Robotniczej”, we Wrocławiu, 22.IX.1985.

Lubię pracować z reżyserami, którzy mają logiczną koncepcję przedstawienia i postaci w nim występujących. Kiedy ich propozycje wypływają niejako organicznie z tego, co słyszymy w muzyce i w tekście.
Lubię pracować nad detalami, które przyswajane stopniowo, z próby na próbę sprawiają, że nagle powstaje konkretna postać z charakterem.
Ważny jest dla mnie chód, gesty, spojrzenia.
Lubię reżyserów, którzy pomagają mi stworzyć postać do ostatniego ruchu i gestu, a ja mam świadomość, że to jest dobre.
Praca z Marią Fołtyn i z Antonim Wicherkiem, realizatorami wrocławskiej, jubileuszowej „Halki” była dla mnie bardzo twórczym okresem w mojej pracy scenicznej.
Miałam poczucie całkowitego bezpieczeństwa ze strony orkiestry, a to, czego wymagała ode mnie pani Maria, z próby na próbę utwierdzało mnie w przekonaniu, że jest bardzo organicznie związane z moimi scenicznymi możliwościami i, że w tej roli mam szansę stworzyć ciekawą kreację.
Zgrzebna koszula i kierpce były dla mnie nowym, scenicznym wyzwaniem.
Stylowy kostium, kostium z epoki zobowiązuje. Natomiast bardzo wygodny, zaprojektowany przez Macieja Jaszkowskiego, kostium Halki i płaskie kierpce stały się dla mnie kluczem do całkiem nowego, scenicznego wizerunku.  Mogłam się skoncentrować na śpiewie i treściach, które mam do przekazania, ponieważ formę (ciekawa, logiczna scenografia i odpowiedni, wygodny kostium) dostałam gotową.
Od pierwszej próby pani Maria była niezwykle wymagająca, pewna swojej koncepcji, która w tym przedstawieniu była troszkę inna od tej, do której polski widz był od lat przyzwyczajony. Odbierałam to, jako koncepcję Marii opartą na wieloletnim doświadczeniu w reżyserowaniu tego spektaklu, ale również na próbie wprowadzenia tego, co stało się jej niewypowiedzianym dotąd marzeniem.

Bardzo ciężko pracowaliśmy na sukces, który niewątpliwie stał się udziałem nas wszystkich.
Chęć perfekcyjnego wyreżyserowania sceny pierwszego spotkania Halki z Januszem, pani Maria przypłaciła złamaniem kilku żeber. Chciała, żeby Janusz złapał w swoje ramiona biegnącą do niego Halkę, śpiewającą „Mój Ja-a-a-a-śko!”, złapał ją mocno w ten sposób, aby mógł z nią zrobić jeszcze kilka radosnych obrotów. Niezwykle silny Janusz - Tadeusz Prochowski postanowił jak najlepiej wykonać zadanie postawione przez panią reżyser, która z kolei chciała pokazać nam, Halkom, jak mamy radośnie podbiec do Janusza i wskoczyć w jego ramiona, no i… skończyło się dość groźnie początkowo wyglądającą, kontuzją pani Marii.
Muszę się przyznać, że byłam chyba osobą najbardziej strofowaną przez panią reżyser. Halka była dla mnie partią zupełnie nową. Wszyscy, biorący udział w próbach, poza nielicznymi wyjątkami, już ten spektakl znali. Na czym to polega, przekonałam się niedawno w Poznaniu, podczas prób do „Strasznego Dworu”, w którym, jako Cześnikowa wystąpiłam po raz pierwszy w mojej scenicznej karierze. Nigdy wcześniej nie śpiewałam żadnej partii w „Strasznym Dworze”. Kiedy podczas prób, jako Cześnikowa, zapominałam jakieś fragmenty tekstu, cały zespół, od Skołuby, Macieja, Stefana, poprzez Hannę, Jadwigę, Grzesia, Starą Niewiastę i cały chór – chórem śpiewali razem ze mną. Na moje ciche pytanie:
- Jezu, co ja teraz śpiewam? -
wszyscy chórem podpowiadali pierwsze słowa.
Rozumiem więc, że moje luki w pamięci na pierwszych próbach „Halki” mogły panią Marię denerwować. Jej gratulacje, komplementy i uśmiechnięta twarz po naszej premierze były więc dla mnie szczególnie miłe.

Przypomina mi się moje przedstawienie „Halki” w Bydgoszczy, w listopadzie 1986 roku. Pragnę zaznaczyć, że byłam już po wrocławskiej premierze i raczej nie zdarzały mi się luki w pamięci, o których wyżej wspomniałam.
Wyszłam na scenę do mojej arii „Gdyby rannym słonkiem”, śpiewam pierwszy recitativ, orkiestra, pod dyrekcja Jerzego Kulaszewicza gra bardzo subtelnie wstęp, a ja nagle słyszę z kulisy dochodzący tzw. aktorski szept suflera:
- Gdy-by-ran-nym-słon-kieeeem, gdy-by-ran-nym-słon-kieeeem…
który to szept słyszy oczywiście cała widownia, a ja nie mogę zrobić nic, bo akurat staram się przekonać widownię, że tęsknię strasznie do mojego Jaśka. A to, co dzieje się w mojej głowie i to, co do siebie mówię w myślach, wiem tylko ja… Ze zdenerwowania zapomniałam słów…
Wstęp do arii „Gdyby rannym słonkiem” w moim wykonaniu określiłabym jako tłumaczenie w języku hawajskim, bo ten język podobno oparty jest głównie na samogłoskach. Dyrektor Jerzy Kulaszewicz tego języka widać nie znał, bo spytał mnie po przedstawieniu całkiem poważnie:
- Pani Joanno, pani ma inne słowa w arii?

Kiedy z Operą Wrocławską wyjechaliśmy do Liberca na gościnną „Halkę”, zamiast śpiewać „a ja go szukam, szukam naokół” (w arii „Jako od wichru krzew połamany” z I aktu), polecono mi zaśpiewać „a ja go kocham, kocham nad życie” („a ja go wołam, wołam naokół” – śpiewała gościnnie w Czechach nasza śpiewaczka – Ewa Karaśkiewicz), bo, jak mi uświadomiono, oryginalny tekst rozśmieszał Czechów do łez. Nie wypada mi tutaj powiedzieć, dlaczego…

Przypomina mi się również rozmowa we Wrocławiu, z panią Teresą Kujawą – reżyserem łódzkiej „Halki”, w której miałam wystąpić rok później.
Szłyśmy w kierunku bufetu, a pani Teresa tłumaczyła mi, jak wyobraża sobie w moim wykonaniu np. wielką arię Halki „Gdyby rannym słonkiem” i dlaczego właśnie na leżąco. Ten horyzontalny fragment naszej rozmowy wypadł akurat na progu bufetu.
Koledzy śpiewacy, śpieszący akurat w przerwie próby na zasłużoną kawę, odnieśli się do naszej próby ze zrozumieniem i robili duży krok, chcąc do bufetu się dostać.
Pozwolę sobie tutaj na małą dygresję: ukochana przeze mnie Teresa Kujawa reżyserowała w Szczecinie „Carmen” w 1993 roku, którą również ja śpiewałam. Byłam wtedy bardzo chora, a ponieważ było przewidziane nagranie telewizyjne premiery, pani Teresa nalegała, żebym w czasie próby kamerowej pozostała w hotelu i zażywała stosowne leki. Znam tylko z opowiadań przebieg próby, podczas której pani Teresa odegrała ze szczegółami całą partię Carmen. Koledzy zapewniali mnie, że ta próba pobiła na głowę naszą premierę, o czym byłam przekonana. Ale to jest temat na osobne opowiadanie…

W kilka miesięcy po mojej wrocławskiej premierze „Halki”, poprosiłam dyrektora Sławomira Pietrasa, ówczesnego szefa Teatru Wielkiego w Łodzi, o rozmowę. Rozmowę - mogę dziś z czystym sumieniem powiedzieć - brzemienną w skutki.
Dyrektor Pietras był świadkiem mojego operowego debiutu w partii Tatiany, 30 stycznia 1980 roku.
W maju 1986 roku zaprosił mnie na słynne Łódzkie Warsztaty Operowe, abym zaśpiewała duet Toski i Cavaradossiego z I aktu „Toski” oraz jego ulubioną arię, arię Toski „Vissi d’arte” z II aktu opery.
Na próbę wkroczyłam w kostiumie z II aktu wrocławskiej „Toski”. Bardzo bogaty, piękny, w kolorze złota i ciemnego burgunda kostium, z prawie czterometrowym trenem, zaprojektowany przez panią Aleksandrę Sell – Walter.
Tenor - Tadeusz Kopacki, którego do tej chwili znałam tylko z opowiadań i recenzji dotyczących najlepszych premier Teatru Wielkiego w Łodzi, przywitał mnie na scenie pytaniem:
- Polka? Polacca?
na co z całą pewnością odpowiedziałam, że tak.
Pytanie sprawiło mi przyjemność. Ostatecznie właśnie w tym kostiumie, każdego wieczoru, przez prawie trzy godziny staram się przekonać widownię, że nie jestem Polką, tylko Włoszką - Florią Toską, autentyczną rzymianką.
W drugiej części koncertu rozpoczęłam arię Toski. Nagle dyrygent, Tadeusz Kozłowski, bez zmrużenia oka przerwał nasz występ tłumacząc, że niestety, orkiestra nie może mi zaakompaniować, ponieważ zginęły gdzieś nuty harfy. Próbowali, mieli najlepsze chęci, ale niestety, niemożliwe, przepraszają, nic z tego nie będzie. Konsternacja. Wszyscy korepetytorzy nagle stali się nieobecni, dyrygent spojrzał w stronę siedzącego na widowni dyrektora Pietrasa, z niemym pytaniem „co robić?”… Dyrektor Pietras, dla ratowania honoru teatru, postanowił sam spróbować zaakompaniować mi na fortepianie, który właśnie wjeżdżał na scenę.



Zaakompaniował wspaniale…
To, co się działo na widowni po naszym wspólnym występie trudno opisać. Oczywiście były bisy, dużo bisów… Kiedy widownia oszalała i najprawdopodobniejsze było przedłużenie warsztatów o solowy recital fortepianowy dyrektora Pietrasa, trwający najchętniej jeszcze kilka godzin razem z bisami, mój ukochany dyrektor powiedział ni mniej ni więcej:
- Proszę państwa! Zapewniam państwa, że pani Cortes na pewno jeszcze wystąpi w naszym teatrze! -
I co wy na to?
Ale to już jest temat na całkiem inne opowiadanie…

(Operomania nr 3 w sezonie 2007/2008 - Teatr Wielki w Poznaniu)
Strona główna | Biografia | Aktualności | Galeria | Publikacje | Serendipity | Kontakt
Copyright by Joanna Cortes © 2008 :: Realizacja: CyberMedia