[19 październik 2008] WIELKI DZIEŃ



W Domu Generalnym Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek w Szymanowie (około 6 km od sanktuarium Św.O.Maksymiliana Kolbe w Niepokalanowie), w sobotę 4 października, odbyły się uroczystości z okazji zakończenia obchodów 150-lecia działalności Zgromadzenia oraz 100-lecia istnienia Szkoły – obecnie Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego dla dziewcząt.

Uroczysta Msza Św. pod przewodnictwem Jego Eminencji Księdza Prymasa Kardynała Józefa Glempa rozpoczęła ten wzruszający dla wszystkich, czujących się członkami rodziny niepokalańskiej, dzień.
Wśród honorowych gości - członkowie Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari: generał Stanisław Nałęcz – Komornicki i generał Zbigniew Ścibor – Rylski.
Wokół - sztandary szkoły.
Bardzo podniosły nastrój. Świadomość uczestniczenia w ważnym wydarzeniu…
Ołtarz zbudowano na tarasie, na tyłach pałacu Lubomirskich. Wokół ołtarza, dookoła, jak okiem sięgnąć, morze ławek i krzeseł, zajętych co do jednego miejsca.

Siostry w błękitnych płaszczach, uczennice w mundurkach z marynarskimi kołnierzami, rodziny uczennic, zaproszeni goście i my… dawne wychowanki.
Wpisane w niepokalański krajobraz od początku istnienia Szkoły.
Te, którym czas zaczyna nieubłaganie coraz szybciej pędzić do przodu, które mimo to, bez względu na wiek, przyjeżdżają często z bardzo daleka, żeby zatrzymać się na chwilę i przypomnieć sobie, że świat wokół nie jest jednak taki do gruntu zły… i że tu zawsze czeka na nas ogromne, niepokalańskie serce, w którym każda z nas ma swoje stałe miejsce…
- A pamiętasz Siostrę…
- A pamiętasz…
- A co się dzieje z…
Błękitne płaszcze Sióstr na ich białych habitach i marynarskie kołnierze obecnych uczennic. Ten widok każda z nas ma wpisany gdzieś głęboko w sercu, na całe życie.

W dniu egzaminów wsiadłyśmy z mamą wcześnie rano do pociągu. Wysiadłyśmy na stacji Szymanów, na trasie Warszawa - Sochaczew. Stacja, jak każda inna. Taka szaro - bura, zaniedbana. Troszkę dalej stał bardzo duży, nowoczesny kościół. Przynajmniej wtedy, kościół w Niepokalanowie wydawał mi się szczytem nowoczesności.
Był czerwiec 1965 roku. Miałam od trzech miesięcy 13 lat. Na peronie pojawiło się więcej dziewczyn w białych bluzkach i granatowych spódniczkach.
Niedaleko dworca, na małym placyku, stał autobus - Robur. Wszystkie biało - granatowe ciągnęły w kierunku Robura. Jechałyśmy do klasztoru Sióstr Niepokalanek w Szymanowie. Około 6 km od stacji kolejowej.
Piękny, dwukondygnacyjny, rozległy pałac Lubomirskich w Szymanowie, pomalowany na biało, na tle starego parku, wyglądał w słoneczne dni czerwca bardzo malowniczo.
Nieopodal płynęła słynna szymanowska rzeka o bardzo poetycznej nazwie Pisia, mająca jeszcze bardziej poetyczne dopływy: Pisia - Gągolina i Pisia - Tuczna.
Nasz park leżał nad Pisią - Gągoliną.
Z tej pierwszej wizyty w Szymanowie niewiele zapamiętałam. Nie potrafiłabym chyba wtedy opisać ani domu ani parku...
Byłam trochę spięta przed czekającymi mnie egzaminami.
Z pewnością była to dobra szkoła. Zaraz po przekroczeniu jej progów wyczuwało się, że jest to szkoła z tradycjami, a słowo “bałagan” i “bylejactwo” wykreślono z używanego tu słownictwa raz na zawsze.
Ale nie byłam szczęśliwa, że tu jestem.
Nie zauważałam, tym bardziej, żadnych zalet.
Wiedziałam, że nie będę w domu… Że  będę gdzieś.
GDZIEŚ...


Po Mszy Św., uczennica III klasy, tegoroczna maturzystka, która ma licencję pilota, przeleciała kilka razy samolotem nad naszymi głowami, rozsypując miliony płatków róż.
Pomyślałam sobie: „Mój Boże, jak to czasy się zmieniają!…”
Wyobraziłam sobie - siebie - 40 lat temu, jak w przerwie popołudniowego studium informuję Siostry, że mam licencję pilota i, że chciałabym się przelecieć samolotem nad naszą szkołą…
Jak zaniepokojona Siostra infirmerka biegnie do mnie z termometrem i zimnym okładem na czoło…

W Szymanowie zaopiekowała się nami siostra Bernarda, która pamiętała mnie jeszcze, jako 8-latkę -  z Nowego Sącza. Zaprowadziła nas z hallu w prawo, do małego saloniku pytając, czy bardzo jestem zdenerwowana przed egzaminem. Bo, jeżeli tak, to zupełnie nie mam racji, ponieważ nic prostszego w świecie nie ma od egzaminów wstępnych do Liceum w Szymanowie, a poza tym, cóż to dla mnie, takiego szatana z samymi piątkami... Ruchliwa, wesoła, z poczuciem humoru, ciągle uśmiechnięta i...  wszędzie jej było pełno...
Pierwszy był egzamin z matematyki. Napisałam wszystko bez problemu. Zadania były w miarę proste. Siostra Bernarda promieniała! Znowu zabrała nas do saloniku, gdzie siedziała mama. Piłyśmy herbatę.
Oczywiście, czekający mnie egzamin z polskiego był wg siostry Bernardy czystą formalnością dla takiego geniusza jak ja i, że właściwie to ona uważa, że już jestem licealistką.
Była urocza.
Nie pamiętam, czy polski był tego samego dnia, czy następnego, ale też poszedł mi dobrze poza tym, że w dyktandzie napisałam “spódnica” przez “u” i do dziś jest mi wstyd wobec inwestującej we mnie wszystkie swoje najlepsze nadzieje - siostry Bernardy.
Po ogłoszeniu wyników zrobił się straszny rumor. Wszyscy przekrzykiwali się wzajemnie a to z radości, a to znowu z pragnienia zemsty za to, że nie doceniono szalonych zdolności czyjejś córki.
Dość, że nagle w tym wrzaskliwym tłumie zajaśniała nam z daleka uśmiechnięta buzia siostry Bernardy.
Zdałam i zostałam przyjęta.
Zaopatrzone we wszelkie możliwe informacje, instrukcje i rysunki wymaganych w liceum - mundurków, poinformowane o obowiązku wyhaftowania cyfry 11 na każdej, z posiadanych przeze mnie w szkole, rzeczy, żegnane przez przemiłą siostrę Bernardę, wróciłyśmy do Warszawy.


Występ Chóru Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego.
Poświęcenie tablicy pamiątkowej oraz otwarcie wystawy „Dom nad porami roku…”
Nasz Dom…

Wzruszający spektakl teatralny w inscenizacji uczennic, zatytułowany - "Dobrze jest mieć taki dom".
O historii Domu w Szymanowie na przestrzeni dziejów, o determinacji Błogosławionej Matki Marceliny Darowskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Niepokalanek, o przesłaniu Matki Marceliny: „Naszym celem jest wychowanie kobiety dla rodziny i świata”, o dawnych wychowankach szymanowskich, które zginęły w Powstaniu Warszawskim…  
Wiele dziewczyn na widowni, tych, obchodzących już okrągłe jubileusze, nagle zaczęło zdejmować okulary i wycierać oczy i nosy...
Tak jakoś...

Najbardziej lubiłam zwykły, szary dzień w Szymanowie. Zaczynał się od porannego dzwonienia, które budziło siostry. Potem słychać było z kaplicy ich poranne modlitwy, odmawiane na jednym tonie. Jakby śpiewane...
Po modlitwach rozchodziły się do swoich obowiązków.
Jedna z sióstr, codziennie, zajmowała się paleniem w piecach. Cichutko wchodziła do naszej sypialni z szuflą pełną żaru i wrzucała do pieca. Wsypywała pewnie też i węgiel, ale myśmy spały jak zabite i nawet prawdziwe trąby jerychońskie nie byłyby w stanie zmusić nas do otworzenia choćby jednego oka.
Nawet zapalenie światła i głośne:
- Niech będzie pochwalony...
codziennie rano, musiało być poparte głośnym klaskaniem i ściągnięciem z kilku z nas kołdry, żeby nas zmusić do spuszczenia na podłogę jednej nogi.
Pobudki były przykre.
Biegłyśmy do umywalni. No... powiedzmy, człapałyśmy, szurając kapciami po podłodze i strasznie ziewając.
Każda w szlafroku.
Nie wolno było chodzić po korytarzu bez szlafroka. I skarpetek. W zimne dni siostry sprawdzały nawet, czy w łóżku wszystkie mamy skarpetki.
W umywalni, każda z nas miała szafkę z miednicą i tyle miejsca, żeby się można było mniej więcej umyć.



Dookoła każdej szafki wisiały białe, płócienne zasłonki. W tym czasie, w sypialni, dyżurne otwierały okna. Po umyciu się ścieliłyśmy łóżka.
Każde łóżko musiało być pościelone pod tzw. linijkę i przykryte z wierzchu białą kapą albo prześcieradłem.
Były takie artystki, które w większe, trampolinowe dołki upychały piżamę, żeby osiągnąć nieskazitelną równość swojego legowiska.
Brzydko pościelone łóżko, niestarannie, skazywało lekkomyślną właścicielkę na klasycznego "pilota", tzn.rozwalenie przez kontrolującą siostrę wszystkiego, co się na sprężynach znajdowało i żmudne ścielenie "pod linijkę" trzeba było zaczynać od początku. Od materaca...
Ręcznym, dość sporym dzwonkiem, oznajmiała siostra, że czas na śniadanie.



Na posiłki schodziłyśmy do refektarza.
Była to bardzo piękna, stylowa sala, cała obudowana boazerią z ciemnego drzewa. Z tego samego drzewa były wykonane stoły, ławy i kredensy.
Wtedy robiło to na mnie przytłaczające wrażenie. Oczy same wędrowały do dwóch dużych okien, za którymi było światło i zieleń...
Każda z nas miała swoje wyznaczone miejsce przy stole. Czekałyśmy, aż przyjdzie siostra.
- W imię Ojca i Syna...
- Pobłogosław nas, Panie Boże i te dary, które spożywać będziemy...
Wtedy dopiero siadałyśmy do jedzenia.


W ogromnym namiocie, ustawionym przed głównym wejściem - posiłek. I co chwilę jakieś dwie siostry taszczące wielkie gary z tymi pysznościami. Barszczyk, kapuśniaczki, bigos jedyny, szymanowski, ryż z pysznymi klopsikami, sałatki przeróżne, a co ciast i deserów wszelakich...
A my, z naszymi dziewczynami z klasy: Maluki Kwilecką, Elą Csapai, Grażyną Gorecką, Siostrą Haliną Iwaniuk – Szarą Urszulanką, Ewą Arendarczyk i Krysią Mrówczyńską, siedziałyśmy z ukochaną wychowawczynią, Siostrą Janiną, i wspominałyśmy. Więcej rozmów niż jedzenia. Trudno opowiedzieć szybko 40 lat życia, dzielących każdą z nas od matury…

Szkoła zaczynała się punktualnie o godzinie 8. O tej godzinie prezeska szkoły brała dzwonek w swoje ręce i donośnym dzwonieniem obwieszczała początek lekcji.
Moją pierwszą prezeską, kiedy przyjechałam do Szymanowa, była Danusia Filarska.
Była to funkcja bardzo odpowiedzialna. Miałyśmy świadomość, że jest to najważniejsza osoba wśród nas.
Wszystkie w granatowych fartuchach z marynarskimi kołnierzami zasiadałyśmy w ławkach.
W całym domu zalegała cisza i tylko kolejne dzwonki określały porządek lekcji, czas na drugie śniadanie i wreszcie, najbardziej oczekiwany przez nas koniec lekcji.
Około godz. 14, już bez fartuszków, schodziłyśmy parami do refektarza na obiad.
Po obiedzie był czas wolny do godz. 16. Tzw. rekreacja, którą spędzałyśmy zawsze na dworze. Chyba, że lało. To wtedy nie. Jeżeli nie padało, na schodach siadała codziennie inna dyżurna, broniąc własnym ciałem, jak nie przymierzając Rejtan - wstępu na piętro. Trzeba było mieć wyraźne zezwolenie wychowawczyni na siedzenie w domu. Powód, o ile pamiętam, mógł być tylko jeden. Katar. Albo ból czegośtam. Brzucha, głowy, złe samopoczucie. Ale wtedy zazwyczaj lądowało się w infirmerii u siostry Anieli, z termometrem pod pachą. Jeżeli temperatury nie było, to hajda! do parku. Na powietrze!
Do godz.16, codziennie, biegałyśmy po parku.
Albo parami chodziłyśmy rozprawiając na niezwykle ważne życiowe tematy, których pojawia się obfitość w momencie, kiedy już się nie jest dzieckiem, a bycie dorosłym jeszcze nie bardzo wychodzi. Albo spacerowałyśmy samotnie, czyniąc pewne przemyślenia odnośnie tychże samych, niezwykle ważnych dla nas tematów życiowych - indywidualnie.
Lubiłyśmy wynajdywać sobie jakieś przytulne i romantyczne miejsca, w których zaszywałyśmy się, żeby czytać ciekawą książkę (np. "Rebekę" Daphne du Maurier czy "Disneyland" Stanisława Dygata - przekazywane z ręki do ręki, z rozsypującymi się stronicami) albo pisać wiersze, pamiętnik... czy po prostu siedzieć sobie i radować się darowaną przez los chwilką samotności.
Nad samą Pisią, na końcu parkowej alejki, rosła bardzo fajna wierzba. Wyrastała z nadrzecznej skarpy prawie równolegle do poziomu wody. To było nasze najbardziej ulubione miejsce w całym parku.
W lecie, bardzo często grywałyśmy z siostrami w ogrodowego krokieta. Wynosiłyśmy z domu spore drewniane skrzynki, w których były wszystkie przybory potrzebne do gry, a więc: metalowe bramki do wbijania w ziemię, kule i drewniane młotki z długimi kijami. Ustawiałyśmy wszystko, jak trzeba i albo grałyśmy albo kibicowałyśmy.
Na starych filmach widuje się takie eleganckie panie w białych, koronkowych sukniach z tiurniurami, grające w krokieta na trawie z eleganckimi panami w białych tużurkach...
To był właśnie taki krokiet.
Tak jak słynny telefon w dyżurce siostry furtianki, nasz krokiet z pewnością pamiętał zamierzchłe czasy. Była to bardzo ciekawa gra, wciągająca nas pewnie tak samo, jak kiedyś te panie w tiurniurach...
Były jakieś rowery...
Czasem hamowałam, niestety, na krzakach, ale nic to w porównaniu z przyjemnością poruszania się na wysłużonym bicyklu, kiedy wiatr owiewa ze wszystkich stron, a przechodzące dziewczyny i siostry z udawanym przerażeniem rozbiegają się na boki przed takim rajdowcem w spódnicy.
W zimie miałyśmy własne lodowisko.
Siostry podłączyły do kranu słusznej długości szlauch, którym przez dobrych parę dni, bardzo skrupulatnie polewałyśmy wielki, wyznaczony prostokąt na tyłach naszego domu. Były dyżury. Kto kiedy polewa. Nawet późnym wieczorem któraś z nas stała z tym szlauchem, jak samotny biały żagiel, na tym sporym lodowisku.
A do codziennych modlitw dołączałyśmy cichutką prośbę o mróz, żeby nam się nie rozpuściła nasza ciężka praca. Bywało, że trzeba było wszystko zaczynać od początku...


O 17.00 recital pieśni – Józefa Drechny, ze wspaniałą dziewczyną przy fortepianie – uroczą, czarną Beatrice Nicholas.
Wysłuchaliśmy stonowanego w formie i pod względem repertuarowym – bardzo lirycznego koncertu zatytułowanego - "Wędrując..." (m.in. pieśni S.Moniuszki, M.Karłowicza, F.Schuberta, J.Brahmsa).
A na koniec wszyscy razem zaśpiewaliśmy "Bogurodzicę"… i chustek do nosa znowu zaczęło brakować...

Okres przedmaturalny był dla nas bardzo pracowity, ale jest dla mnie miłym wspomnieniem. Mimo, że nauki było aż nadto. Każda z nas, maturzystek, miała w młodszych klasach swojego "duszka", który się nami opiekował. Czasem podrzucił jakiś mały prezencik, jakiś kwiatuszek, wierszyk... Zawsze obok była karteczka: "od Duszka"...
Było miło... Cała ta przedmaturalna atmosfera, kiedy, dosłownie, namacalnie wyczuwałyśmy pozytywne fluidy płynące ku nam od sióstr i od młodszych koleżanek...
Do matury przygotowywałyśmy się bardzo pilnie. Organizowałyśmy się w grupki, zasłaniałyśmy się, czym popadło, żeby odgrodzić się od reszty świata i po pierwsze - kułyśmy, po drugie - kułyśmy, a po trzecie - również kułyśmy.
Codziennie, późnym wieczorem, kiedy młodsze klasy już dawno były w łóżkach, my, maturzystki, maszerowałyśmy do refektarza na tzw.podkurek. Innymi słowy - obżarstwo w środku nocy dla uprzywilejowanych. Siostry dożywiały nas, żeby nasze szare komórki lepiej pracowały. Bardzo lubiłyśmy to wieczorne łasuchowanie. Jakieś pyszne kanapki albo kawałek ciasta i wiadro "pisi" - szaleństwo nie do opisania. Ile było wtedy śmiechu i radości...
Czas mijał, a my coraz częściej zastanawiałyśmy się, co będziemy robić po maturze. Nie ulegało kwestii, że każda z nas chce studiować, chce być kimś...
ZDALI I ZOSTALI PRZYJĘCI!
To było to czarodziejskie zaklęcie, które otwierało drzwi wyższych uczelni i o którym każda z nas wtedy marzyła.
Wiedziałyśmy, że jako absolwentki Liceum w Szymanowie mamy realne szanse na zrealizowanie tego marzenia.


Po koncercie Józefa Drechny długo jeszcze wszyscy siedzieliśmy w refektarzu. Wciąż tyle nie wyczerpanych tematów… Siostra Janina wyczarowywała zza klauzury niezliczone ilości wrzątku do kawy i herbaty, a my wciąż rozmawialiśmy…
Wreszcie nadszedł czas, kiedy trzeba było się pożegnać choćby dlatego, żeby mogły odpocząć spracowane bohaterki tego dnia – Siostry Niepokalanki…

Czy jesteśmy świadomi, że tworzymy historię, że z łaski Boga dane nam jest zacząć kolejne 150 lat?... – pisały Siostry w programie obchodów jubileuszowych w Jarosławiu.
Myślę, że to był wielki dzień dla Matki Marceliny, Ich Wielkiej Patronki…
Wciąż wyobrażam sobie uśmiech na Jej twarzy…

(Posłaniec Warmiński nr 22-23, 19.X-15XI.2008)
Strona główna | Biografia | Aktualności | Galeria | Publikacje | Serendipity | Kontakt
Copyright by Joanna Cortes © 2008 :: Realizacja: CyberMedia