[30 listopad 2008] FAUST - lekcja o przemijaniu...



Listopad jest miesiącem szczególnym. Częściej niż zwykle wracamy myślami do osób, których już z nami nie ma. Jadąc samochodem, gdzieś na trasie, często widzimy oświetlone, jakby unoszące się, we wspaniałej feerii różnokolorowych lampek i kwiatów - mijane cmentarze. Dowód na to, że nasi bliscy nie odeszli tak zupełnie. Że pamiętamy o nich. Że każdy z nas ma w sercu takie szczególne miejsce, w którym przechowuje pamięć o ludziach, których kochaliśmy, podziwialiśmy, których nie możemy lub po prostu nie chcemy zapomnieć…
Jest to również czas refleksji nad przemijaniem.
Teatr jest  miejscem, w którym to przemijanie jest bardzo widoczne.
Czy spektakularny sukces, czy przysłowiowa klapa, czy wspaniały głos, czy nagłe zastępstwo za niedysponowanego kolegę – każdego dnia, po przedstawieniu, bezosobowe kostiumy na wieszaku i dekoracje, niepotrzebne, odjeżdżają do magazynu. W garderobie jeszcze resztki szminek, zapach perfum w powietrzu, wachlarz z rekwizytorni, kilka spinek na podłodze, zapomniany wyciąg na pianinie…
Wczorajszy sukces…
Czas mija, a my, artyści, obok imponującego bagażu doświadczeń, mamy coraz więcej wspomnień.
Takie nasze własne, ulubione archiwum, które chętnie otwieramy, gdy tylko ktoś w pobliżu wymieni jakiś tytuł opery, czyjeś nazwisko…
- A pamiętasz?
- A co się dzieje z …?
- A śpiewałeś wtedy …?
- A widziałeś …?
Najbardziej lubimy te wspomnienia miłe sercu…
Ciekawe przedstawienia, zaśpiewane w naszej najlepszej formie, dobrych partnerów i nasz wspólny sukces, wspaniałych, czasem szalonych reżyserów, zdolnych, wymagających, ale uśmiechających się do nas od pulpitu – dyrygentów, publiczność, domagającą się bisów…
Ale pamiętamy przecież nie tylko nasze sukcesy. Pamiętamy często zwykłe, szeregowe przedstawienia, na których nic nieprzewidzianego się nie wydarzyło, nikt z kolegów nie walczył z niedyspozycją, żadna nagła improwizacja nie była potrzebna, nic w inscenizacyjnych planach się nie zacięło, a jednak…
Wiele razy zastanawiałam się, jak to jest, że w naszej pamięci, nas, śpiewaków, pewne opery zapisują się w szczególny sposób. Nazwałabym to czymś w rodzaju duszy, którą tak, jak dobry lutnik wstawia do skrzypiec w jemu tylko wiadomy sposób i miejsce, tak kompozytor, w jemu tylko wiadomy sposób sprawia, że muzyka jego opery nas zaczarowuje.
Jeżeli czują to również realizatorzy przedstawienia, udział w takim spektaklu pamięta się do końca życia.



Tak właśnie wspominam „Fausta” Charlesa Gounoda, w Operze Wrocławskiej (premiera – czerwiec, 1984, reż. Feliks Tarnawski, dyr. Marek Tracz, scen. Jadwiga Jarosiewicz), w którym przez trzynaście wieczorów, w latach 1984-87, byłam Małgorzatą…
Pamiętam pewien spektakl „Fausta”, w którym tego dnia miało śpiewać dwóch tenorów.
Problem obsady partii Fausta spędzał sen z powiek już niejednemu reżyserowi. Czy jeden śpiewak wcieli się w postać starego i młodego Fausta czy obsadzamy w tej roli śpiewaków dwóch – starszego i młodszego. Czyli, albo w pierwszej scenie długi płaszcz i duuuuża, przyklejona odpowiednio dużą ilością mastyksu, maskująca młodość – siwa broda, którą błyskawicznie, na kilku akordach orkiestry stary Faust odrywa, zrzuca płaszcz i w mgnieniu oka młodnieje, a publiczność wierzy, że to czary Mefistofelesa, albo mamy dwóch śpiewaków, bardziej lub mniej podobnych, ale zmiana jest widoczna gołym okiem, bo długi płaszcz i broda znacznie kontrastuje ze świeżutką kondycją śpiewaka, który dopiero co wezwany przez inspicjenta, wybiega radośnie z garderoby na scenę, całkiem nieświadom geriatrycznych problemów starego Fausta…
We wrocławskim przedstawieniu zdarzały się nawet przypadki, kiedy stary Faust był prywatnie młodszy od młodego…  
Obsada spektaklu w dniu, o którym chcę opowiedzieć, przewidywała dwóch Faustów. Młody – tego dnia w obsadzie - Janusz Zakrzewski – był obecny. Wrocławski wykonawca partii starego Fausta (ten młodszy od młodego) nagle zachorował, jego zmiennik wychrypiał przez telefon, że też chory, bo jakaś epidemia, trzeci stary Faust wyjechał (podał, oczywiście, w prośbie o zwolnienie, gdzie będzie, jak to zazwyczaj było kiedyś w teatrze wymagane, ale co z tego, jak go nie było?!!!...), gościnnie występujący w tej roli, zawsze witany na wrocławskiej scenie huraganowymi brawami, Bogdan Paprocki – miał tego dnia przedstawienie w swoim macierzystym Teatrze Wielkim w Warszawie.
Młody Faust – Janusz Zakrzewski, partii starego Fausta nie znał, ponieważ nigdy jej nie śpiewał.
Jedynym człowiekiem, który mógłby cośkolwiek pomóc w tej materii, był tego dnia w teatrze, na dyżurze reżyserskim - mój ojciec – Ludwik Mika, który był zjawiskowym Faustem, ale, niestety, trzydzieści lat wcześniej.
Zapamiętałam go z tamtych lat, jako przystojnego, wyrazistego, młodego Fausta, jako artystę, który porywał swoim śpiewem i emanował ze sceny radością życia.
Zresztą ta jego radość życia, dystans do samego siebie i ogromne ukochanie sceny, widać było i w późniejszym okresie, kiedy występował w partiach charakterystycznych.
Ojciec mój traktował powierzone mu na scenie zadania – zawsze bardzo rzetelnie.
Właściwie nic szczególnego się wtedy nie wydarzyło poza tym, że zobaczyłam na scenie prawdziwie starego Fausta, starego śpiewaka, starego człowieka, podczas gdy w mojej podświadomości tkwił wciąż obraz pięknego amanta, młodego Fausta z przed lat…
Ilekroć dzisiaj zdarza mi się słuchać „Fausta”, a szczególnie pierwszych taktów opery czy wstępu do sceny starego Fausta, granych przez najniżej brzmiące w orkiestrze instrumenty, ten konglomerat smutku, beznadziei i rezygnacji, przypomina mi się to wrocławskie przedstawienie..  
I jestem pewna, że nawet niewielu ludzi pamięta dziś ten krótki występ mojego ojca, poza tym, że udało mu się uratować przedstawienie, że wszyscy koledzy mogli wystąpić, a publiczność mogła zobaczyć całkiem dobry spektakl, jakim był ówczesny, wrocławski „Faust”.
Dostałam wtedy prawdziwą lekcję. Lekcję o przemijaniu… Nie tylko o przemijaniu wszystkiego wokół nas. To była bardzo dobra, słuszna lekcja o przemijaniu w teatrze, o przemijaniu na scenie. Lekcja, którą pamiętam do dziś…
Że każdy z nas powinien stale szukać swojego miejsca na scenie.
W życiu wciąż się zmieniamy, dlaczego więc na scenie mamy być wciąż tacy sami?...

Ulubioną anegdotą, opowiadaną przez mojego ojca, jeszcze z czasów, kiedy śpiewał młodego Fausta w Operze Wrocławskiej, była historia, której sam był świadkiem, podczas jednego z przedstawień. Na chwilę przed ukazaniem się postaci Mefista, w miejscu, gdzie miał się nagle pojawić, puszczano ogromne ilości dymów, w tym czasie, malutka, jednoosobowa zapadnia zjeżdżała szybko w dół, stawał na niej, czekający już pod sceną Mefisto, wyjeżdżał na górę, w tym momencie dymy powoli opadały i zdumionym widzom ukazywał się na scenie Mefisto, którego przed chwilą tam jeszcze nie było.
Po czym śpiewał do starego Fausta:
- Otom jest! I skąd to zdumienie?!
Zdarzyło się kiedyś, że nieszczęśliwie zapadnia się zacięła, dymy opadły, a zdumionemu nie tylko Faustowi, ale i widowni, ukazała się tylko głowa zdumionego również Mefista, który miał pewne obiektywne trudności z zaśpiewaniem niezwykle pasującej do sytuacji frazy:
- Otom jest!...
W tym momencie głowa Mefista zniknęła w czeluściach zapadni, po czym on sam, po chwili (potrzebnej na zupełnie pozbawiony czarów skok na schody, bieg na pierwsze piętro i wbieg na scenę, na oczach oniemiałej widowni i jeszcze starego Fausta, którego siwa broda sama zaczęła się już odklejać na skutek wysiłków, żeby opanować śmiech) dokończył:
- I skąd to zdumienie?!...
Owacjom nie było końca…
Kochamy anegdoty, czy może lepiej – przygody teatralne, które najczęściej, zupełnie przypadkiem, przytrafiają się nagle artystom, skupionym na wykonywaniu na scenie swojego zadania, nieświadomym, że w tym momencie właśnie przechodzą do historii.
Potrzebujemy czasem oderwania się od szarej rzeczywistości, potrzebujemy śmiechu, uśmiechu, dobrej zabawy.
Ale potrzebujemy też czasem ujrzenia siebie w krzywym zwierciadle, chwili refleksji, tematu do przemyśleń.
Myślę, że w tym samym stopniu nasi widzowie jak i my, na scenie…

(OPEROMANIA nr 1 (32) w sezonie 2008/2009)
Strona główna | Biografia | Aktualności | Galeria | Publikacje | Serendipity | Kontakt
Copyright by Joanna Cortes © 2008 :: Realizacja: CyberMedia