[02 kwiecień 2009] BYŁAM SIEGLINDĄ...



Każdy z nas, śpiewaków, bardzo dobrze zna pytanie „w jaki sposób Pan/Pani przygotowuje się do roli?” Pytanie często zadawane nam przez zainteresowanych naszą pracą i kochających nasze sceniczne wizerunki – melomanów.
Pytanie o tyle ciekawe, że rzeczywiście pracę nad rolą np. aktora dramatycznego, łatwo sobie wyobrazić. Nie łatwo natomiast zrozumieć, jak to jest, że śpiewak potrafi opanować pamięciowo, w stosunkowo niedługim czasie, kilkusetstronicowy tzw. wyciąg fortepianowy.  
Chociaż, gdybyśmy zechcieli zagłębić się w ten, z lekka niebezpieczny temat, powiedziałabym, że są to sprawy bardzo indywidualne i tzw. ambitus możliwości śpiewaków w tej materii obejmuje właściwie wszystkie możliwości czasowe, jakie możemy sobie tylko wyobrazić. Zakładamy jednak, że mamy do czynienia ze śpiewakami, których szansa na zaśpiewanie – przynajmniej z nut - pierwszej próby zespołowej z dyrygentem, jest oceniana troszkę powyżej przeciętnej…

Każdy z nas ma swój własny sposób na okiełznanie tej hardej materii, jaką wydaje się wyciąg fortepianowy, który otworzyliśmy po raz pierwszy.
Zaznaczamy markerem swoją partię, rozczytujemy linię melodyczną, czasem jednym palcem na klawiaturze i głosem, czasem próbujemy zagrać akompaniament – „jak to brzmi harmonicznie?”…
Powoli przymierzamy się do bycia kimś, kogo jeszcze nie znamy zbyt dobrze.
Szukamy dobrego nagrania…
Kiedyś, jeszcze w latach osiemdziesiątych, kiedy byłam solistką Opery Wrocławskiej, przygotowywałam się do debiutu w partii Hrabiny w „Weselu Figara”.
Nagranie, którego słuchałam, jedyne, dostępne w teatrze, było zrealizowane podczas wrocławskiej premiery tego przedstawienia kilka lat wcześniej. Ważne były dla mnie wszelkie informacje dotyczące muzycznej strony tego właśnie przedstawienia, a więc: jakie tempa, jaka dynamika i jakie vide mnie obowiązują.
Podczas nagrywanej premiery, ktoś z solistów nie zaśpiewał w porę swojego recytatywu, ktoś inny chciał pomóc, ale mu się to nie udało i po kilku próbach zdezorientowanego klawesynisty, zrobiła się w nagraniu nieprzewidziana pauza z dużą fermatą…
Pauza, która przypominała mi się przez wiele lat…
Dlatego też – staramy się korzystać z dobrych nagrań.
Kiedy choć trochę już ogarniamy materię, z którą w najbliższym czasie przyjdzie nam się zmierzyć, rozpoczynamy żmudną, bywa, że kilkumiesięczną – pracę, na lekcjach z pianistą.
Uczymy się partii i wśpiewujemy ją.

Nie sposób na tym etapie przecenić wartości dobrego korepetytora.
Musi to być człowiek wielu talentów.
Przede wszystkim dobry pianista.
Pianista, posiadający umiejętność śpiewania kilkoma glosami naraz, dogrywający nam wolnym akurat palcem chóralny czterogłos, kontrolujący nasze wokalne wyczyny, a równocześnie tempo i dynamikę zalecone przez dyrygenta, posiadający podzielność uwagi, nieziemską wprost do nas cierpliwość, a przede wszystkim talent psychologiczno – pedagogiczny!
Dlaczego?
Bo my, śpiewacy, jesteśmy, jak dzieci.
Trzeba wiedzieć, jak nas podejść.
A wtedy zrobimy wszystko, o co korepetytor nas poprosi i jest to pierwszy krok w kierunku sukcesu.
Czy tacy pianiści – korepetytorzy są?
Tak.
Nad partią Sieglindy w „Walkirii” Richarda Wagnera, wznowieniem przedstawienia Augusta Everdinga w Teatrze Wielkim w Warszawie (listopad/grudzień 1999 roku), pracowałam przez kilka miesięcy z Janiną Anną Pawluk.



Przerwa dobiegała końca.
Wrzawa na korytarzach teatru zaczęła powoli cichnąć, muzycy orkiestry znikali w korytarzu, prowadzącym do orkiestronu, uśmiechnięty glos Teresy Krasnodębskiej zapraszał na scenę solistów, dyrektora Jacka Kaspszyka - do pulpitu dyrygenta…
Rozpoczął się II akt „Walkirii” Richarda Wagnera.
17 grudzień 1999 rok, Teatr Wielki w Warszawie –  mój sceniczny debiut w repertuarze wagnerowskim, w partii Sieglindy.
Wyższy stopień operowego wtajemniczenia…

- Tereniu, ile mam jeszcze czasu do mojego wyjścia?...
- O, kochana! Wotan śpiewa arię. To potrwa godzinę, a może i więcej! – odpowiedziała Teresa.

Co robi solista, który ma ponad godzinę czasu do kolejnego wejścia na scenę?
Takich możliwości jest wiele.
Może np.:
Wrócić do garderoby, usiąść przy pianinie i ćwiczyć fragmenty swojej partii albo wprawki.
Może sprawdzać, wiwatując wzdłuż całej klawiatury, czy ma jeszcze górne albo dolne C.
Chodzić wzdłuż korytarza (w warszawskim Teatrze Wielkim korytarze są bardzo przestronne!) i  koncentrować się na roli.
Wypić herbatę, ale nie za mocną (wysusza!) i nie z cytryną (też wysusza!) i nie za dużo cukru (tuczy!). Z pewnością nie jeść czekolady, nie jeść orzechów, nie pić kawy (zamula! i potem się chrypi!).
Usiąść w wygodnym fotelu i odpocząć (ale można zasnąć, a wtedy glos „siada”, a na dodatek jeszcze nie usłyszeć głosu inspicjenta, zapraszającego na scenę – no… to już gorzej!)
Porozmawiać z kolegą/koleżanką, która również czeka na swoje wejście, albo spotkać kolegę/koleżankę, która ma akurat przerwę w próbie (na innym piętrze) do „Madame Butterfly” - do jutrzejszego spektaklu.
Możemy również poprawić makijaż, zerknąć w lustro, czy w kostiumie wszystko w porządku, pójść na scenę, zobaczyć śpiewającego Wotana, który ciągle jest w pierwszej połowie swojego Monologu, westchnąć, spojrzeć na zegar, zajrzeć do garderoby, odliczać czas…

Stałam wciąż w kulisie i słuchałam słynnego Monologu Wotana w wykonaniu solisty Metropolitan Opera - Edwarda Craftsa.
Wciąż byłam Sieglindą w świecie, o którym opowiadał Wotan…
Piękny, wysoki (około 195 cm wzrostu), szczupły mężczyzna o szlachetnych rysach twarzy, pięknym glosie, który posiadł stopień wtajemniczenia będący wciąż jeszcze przede mną…
Miałam ponad godzinę czasu do kolejnego wejścia, ale nie mogłam się ruszyć z miejsca.
Stałam, jak zamurowana, zahipnotyzowana tym, co działo się na scenie.
Całym tym wagnerowskim mrocznym misterium germańskiej bajki, światem mało mi dotąd znanym, z porywającą muzyką „unendliche Melodie” – która teraz była również moją muzyką…
Soliści, którzy występowali na scenie, też wydawali mi się odlegli, jakby z innego świata.
W owym czasie miałam za sobą już ponad 600 wielkich spektakli operowych, w tym takie jak Tosca, Makbet, Nabucco, Madama Butterfly, Halka, Faust, Don Carlos, Salome i wiele, wiele innych.
Byłam doświadczoną śpiewaczką, ale teatr Wagnera pozostawał dla mnie zawsze wielką tajemnicą.
Pomijając wszelkie dywagacje dotyczące wymagań i wręcz - sposobów - na śpiewanie wagnerowskich partii, byłam ciekawa, jak to jest - wejść w ten zaczarowany świat opery Wagnera, a zwłaszcza znaleźć się w jego „Pierścieniu Nibelunga”...
Czułam, że będzie to przygoda niezwykła…
Miesiąc wcześniej, oglądałam z widowni przedstawienie „Walkirii” z niemiecką śpiewaczką - Kristine Ciesinski w roli Sieglindy.
Nad sceną, na specjalnym, elektronicznym wyświetlaczu, mogłam czytać bardzo wierne tłumaczenie tekstów – na język polski. Tekstów poetyckich, starogermańskich - nie zawsze zrozumiałych w śpiewanym oryginale, nawet dla słuchaczy, znających dobrze język niemiecki.
Dobre tłumaczenie ogromnej przecież ilości tekstu, w połączeniu z całą warstwą muzyczną opery Wagnera, stało się dla mnie początkiem nowego wtajemniczenia…
Ostatnie sceny warszawskiej „Walkirii” oglądałam przez łzy…



Miałam ogromne szczęście, ponieważ w moich przygotowaniach do debiutu w wagnerowskiej „Walkirii” towarzyszyli mi wspaniali artyści, którzy nieustannie mobilizowali mnie do pracy, której efekty zaskakiwały czasem mnie samą…
Hanna Lisowska, śpiewająca przez wiele lat wielkie partie wagnerowskie w Niemczech, która w naszym przedstawieniu śpiewała Brunhildę - chętnie i bardzo życzliwie dzieliła się ze mną swoim doświadczeniem.
Wanda Bargiełowska – piękna, nieugięta Fricka…
Wciąż uśmiechnięty mój brat bliźniak – Siegmund - Douglas Spurlin, chmurny Hunding – Paweł Izdebski…
Pierwsze solistki Teatru Wielkiego, które – rzecz bez precedensu na naszej scenie – spotkały się wszystkie razem, jako Walkirie, dając popis wokalny i aktorski godny największych scen operowych świata: Monika Chabros, Elżbieta Hoff, Krystyna Wysocka – Kochan, Maria Olkisz, Hanna Zdunek, Elżbieta Pańko, Anna Lubańska, Katarzyna Suska…

Niezwykle energiczna, bardzo cierpliwa, posiadająca ogromne doświadczenie w pracy z niemieckimi śpiewakami wagnerowskimi, bardzo konsekwentna w swoich wymaganiach – Janina Anna Pawluk - pomagała mi opanować moją partię muzycznie i fonetycznie.
- „Ein fremder Mann? Ihn muss ich fragen...” – ileż razy musiałam powtarzać pierwsze słowa Sieglindy…
Efektem naszej wspólnej pracy była zabawna historia podczas jednego z kolejnych spektakli „Walkirii”. Spektakl poprowadził zaproszony z Niemiec, wagnerowski dyrygent - Eberhardt Klocke (25 marzec 2000).
Po przedstawieniu, dyrektor Klocke zatrzymał mnie na scenie. Powiedział mi wtedy wiele miłych słów. Chwilę rozmawialiśmy. Starałam się mówić po niemiecku, ale język ten nie jest moją najmocniejszą stroną, przeprosiłam go więc w pewnym momencie, za mój „sehr schlecht Deutsch”, na co otrzymałam odpowiedź:  
- Frau Cortes! Aber Sie sprechen doch echt Deutsch!!!
Jestem przekonana, że dyrektor Klocke oparł swoją opinię na wcześniej płynących ze sceny wokalno-fonetycznych efektach rzetelnej pracy Janiny Anny Pawluk, a nie – na podstawie naszej swobodnej konwersacji po spektaklu…

Wagnerowską Sieglindą byłam na scenie tylko cztery razy, ale klimatu tego przedstawienia nie mogę zapomnieć.
Jest nieporównywalny z żadnym innym spektaklem operowym, w którym brałam udział.



W tym momencie usłyszałam głos naszej kochanej Teresy:
- Sieglinda proszona na scenę!... Sieglinda proszona na scenę!...
- Joasiu, zapraszam Cię na scenę!

Przepraszam Państwa! Wołają mnie na scenę…



(OPEROMANIA nr 2/33 w sezonie 2008/2009)
Strona główna | Biografia | Aktualności | Galeria | Publikacje | Serendipity | Kontakt
Copyright by Joanna Cortes © 2008 :: Realizacja: CyberMedia